Karmienie, jedzenie, żywienie. Jak to rozgryźć? cz.1

Na początek chcę trochę przybliżyć Wam moje doświadczenia z czasu kiedy byłam świeżo upieczoną „PODRĘCZNIKOWĄ” mamą.

Dziś będzie o karmieniu. Dla mnie strasznie emocjonujący temat.

Urodziłam moją Ewcię po 12 godzinach skurczów, jęków, bólu, poprzedzonych kilkudniowym pobytem w szpitalu… Byłam bardzo niewyspana i padnięta! Ale to nic! Moja dziewczynka była dla mnie najcudniejsza – mimo, że twarz miała opuchniętą jak po walce MMA:). No bo przecież MOJA! We wcześniejszych  wyobrażeniach poród nie miał trwać tak długo i nie miał mnie aż tak wykończyć! Planowałam – zgodnie z zasadami opisanymi w mądrych książkach – od razu przystawić ją do piersi. Aczkolwiek życie weryfikuje – byłam zupełnie bez sił. Na szczęście pojawiła się pani doktor – pediatra, neonatolog (też Ewa) i „podłączyła Ewę do cateringu”:). Pierwsze karmienie – zaliczone:)! Dni w szpitalu z noworodkiem niezmiernie mi się dłużyły, hormony bardzo dawały się we znaki, łzy leciały strumieniami (bez powodu). Z perspektywy czasu stwierdzam, że nie powinnam tak narzekać, bo pod ręką miałam superpomocne położne. Bardzo wspierały przy karmieniu, przystawianiu do piersi, pokazywały przeróżne pozycje i sposoby – czasem bardzo wyszukane i dziwne. Ewcia przybierała na wadze – było OK. Wyszłyśmy do domu i zaczęłyśmy samodzielne próby z karmieniem. Mąż bardzo wspierał, tzn. chciał – ale tak na serio, to co on może wiedzieć?!? Bolały mnie strasznie brodawki – miałam je pokąsane. Ale nie znałam czegoś takiego jak obrzmiałe piersi, okładanie ich kapustą i straszny ból z tym związany. Radziłyśmy sobie średnio. Ewcia dużo płakała – jak się potem okazało: nie najadała się. Przez miesiąc od wyjścia ze szpitala nie przybrała absolutnie nic!! Trafiłyśmy do Poradni Patologii Noworodka i Zaburzeń Laktacji. NA SZCZĘŚCIE! Chociaż pierwsza wizyta była dla mnie traumatyczna: położna, która dziecko obejrzała, zmierzyła, ważyła, zszokowała mnie swoimi słowami skierowanymi do mnie z oburzeniem: „Czemu Pani nie karmi tego dziecka? Na pewno jest nieprawidłowo rozwinięte?” Automatycznie napłynęły mi łzy do oczu i tysiąc myśli o chorobach, wadach z jakimi będziemy się musieli zmierzyć. Ku mojej wielkiej radości weszła do gabinetu Pani doktor – ta sama, która jako pierwsza przystawiła Ewcie do mojej piersi tuż po porodzie. Okazała się dużo bardziej kompetentna i przede wszystkim: ludzka! Zbadała dziecko z każdej strony, wypytała o karmienie, pory, długość karmień, jej zachowanie po i przed karmieniem. Obejrzała też moje piersi. Pokazałam jak przystawiam Ewcię. Pani doktor podsumowała stwierdzeniem: „Ma Pani za mało pokarmu.  Musimy dodatkowo wprowadzić mleko modyfikowane, żeby dziecko zaczęło przybierać na wadze i spotkamy się za tydzień”. Od razu zaczęłam negocjacje, że przecież mleko matki, że to pokarm naturalny, że najzdrowszy, że przeciwciała, że odporność, że najlepszy, że ja jestem bardzo za karmieniem piersią! Sprowadziła mnie na ziemię i powiedziała, że OK – najlepszy, ale nie zawsze da się z niego korzystać. Rozpisała plan, kiedy i jak karmić, zaleciła też laktator elektryczny. Od tego czasu każde karmienie to była dla mnie znienawidzona pora. Zamiast upajania się tym widokiem, liczyłam czas: jedna pierś 10 min., druga pierś 10 min., 20 ml odciągniętego pokarmu i 60 ml mleka modyfikowanego. Po karmieniu odbicie, mycie butelek, odciąganie (po 15 minut każda pierś) – sukcesem było 40 ml. Istna męczarnia. Ale przynosiła skutki – Ewcia ładnie przybierała i nie płakała. Chyba naprawdę się najadała! Na kolejnej wizycie, Pani doktor powiedziała, że ona była karmiona mlekiem modyfikowanym i że wyrosła na zdrową, silną i całkiem rozgarniętą osobę:). Zapytałam moją mamę – okazało się, że ja też. No i… pogodziłam się z tym znienawidzonym przeze mnie mlekiem modyfikowanym. Po kolejnym miesiącu zupełnie dałam sobie spokój. A może po prostu poszłam na łatwiznę? Odstawiłam zupełnie kwestie związane z laktatorem, herbatkami koperkowymi i karmiłam Ewę tylko mlekiem modyfikowanym. Ona się najadała, a ja w końcu zaczynałam czuć luz psychiczny! Zajęło mi to kolejne dwa miesiące, żeby tak na dobre to zrozumieć, „przetrawić”. Oficjalnie przyznaję: karmiłam moje dziecko mlekiem modyfikowanym!

Dalsze perypetie żywieniowe były dużo przyjemniejsze, łatwiejsze i nie przysparzały nam już tak wielu emocji. Ale o tym za chwilę.
A jak u Was potoczyły się sprawy karmieniowe? Z łatwością przyszło karmienie piersią? A może świadomie zdecydowałyście się na mleko modyfikowane? Może w ogóle nie miało to dla Was znaczenia i życie samo zadecydowało?

Czekam na Wasze historie i opinie.

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s